O kształtowaniu charakteru cz. 3: Cnoty, czyli „dobre sprawności”

0
170
Personifikacja cnót kardynalnych, ilustracja z Komicznego Baletu Królowej, Francja, 1582 r.; ryc. Wikipedia

W klasycznym rozumieniu praca nad charakterem wiedzie przez kształcenie cnót, które nadają naszemu postępowaniu cechę stałości, umiaru i integralności. Przy czym nie możemy uznać charakteru za zjawisko statyczne, lecz dynamiczne. Jak pisze o. Jacek Woroniecki, jest on „procesem życiowym, który się w nas wciąż rozwija, dąży bowiem do nadania wszystkim naszym władzom psychicznym coraz większej sprawności”.

Zatrzymajmy się ma moment nad ostatnim słowem. Być może do współczesnego człowieka, wychowanego nierzadko w klimacie pragmatyzmu, będzie bardziej przemawiający ów językowy ekwiwalent „cnoty”, który za św. Tomaszem z Akwinu określamy jako „dobre sprawności” (łac. bonus habitus). Dlaczego?

Siła i moc cnoty

Otóż słowo „cnota” nie jest dziś trendy, a wielu osobom kojarzy się prędzej z utratą dziewictwa aniżeli z jego pierwotnym sensem.

Francuski poeta, eseista i prozaik Paul Valéry (1871–1945) pod koniec życia pisał: „Słowo »cnota« jest martwe, a przynajmniej konające. Prawie się go nie wypowiada. Jeśli o mnie chodzi, słyszałem je z niezmierną rzadkością i zawsze z ironicznym akcentem”. Tymczasem termin ten brzmi po łacinie virtus i oznacza „siłę”, „moc”. Owa „moc” i „siła” cnoty jest potrzebna człowiekowi, bo codziennie zmierza się on z niedoskonałością własnej natury: ograniczonością intelektu, słabością woli, uleganiem uczuciom.

Nasze władze cielesne, które – jak mawiał św. Tomasz – mamy wspólne ze zwierzętami, wywierają na nasz intelekt i wolę swoisty nacisk. Cnota jest właśnie siłą, która ma władze wyższe przed tym naciskiem chronić: intelekt przed tym, by człowiek nie poznawał fałszywie, by nie mylił dobra ze złem, lecz umiał je trafnie od siebie odróżnić; wolę zaś przed tym, by nie ulegała uczuciom i namiętnościom.

Wychowanie nie może opierać się li tylko na intelektualnym oświeceniu, jak powinno być. Akwinata jest przeciwny sokratyzmowi etycznemu, gdy uważa, że nie wystarczy dobrze myśleć, aby dobrze czynić, lecz należy również powtarzać pewne działania, aby wykształcić w sobie właściwe postępowanie. Proces wychowania polega na powtarzalności. Do zdobycia poszczególnych cnót nie wystarczą sporadyczne czyny. Potrzebne jest takie przyzwyczajenie do dobrego działania, aby można było stwierdzić, że stało się ono drugą naturą człowieka.

Jak drzwi na zawiasach

Wyróżnia się szereg katalogów cnót. Najbardziej znany podział dotyczy tzw. cnót kardynalnych, czyli zawiasowych (łac. cardo – zawias), bo na nich, jak drzwi na zawiasach, wspiera się cały charakter człowieka. Składa się na nie cnota roztropności (usprawniająca rozum w kierowaniu naszym postępowaniem), cnota sprawiedliwości (utrwalająca naszą wolę w poszanowaniu wszystkiego, co się innym słusznie należy), cnota umiarkowania (dająca panowanie nad własnymi instynktami i potrzebami), wreszcie cnota męstwa (uzdalniająca nas do stawiania czoła trudnościom lub niebezpieczeństwom). Jako kanon czterech cnót antycznych, zostały one wpierw opisane przez Platona, a po pewnym czasie przejęte przez teologię chrześcijańską i nazwane kardynalnymi.

Pierwszy raz terminu „cnoty kardynalne” użył św. Ambroży w dziele pt. De officiis ministrorum, powstałym około roku 390. Jednak w międzyczasie cnoty te zaznaczyły swą obecność w środowisku helleńskim Aleksandrii, gdzie powstało część ksiąg dydaktycznych Starego Testamentu, spisanych już po grecku, i w ten sposób zostały one wcielone do powstałej w II wieku p.n.e. Księgi Mądrości: „I jeśli kto miłuje sprawiedliwość – jej to dziełem są cnoty: uczy bowiem umiarkowania i roztropności, sprawiedliwości i męstwa, od których nie ma dla ludzi nic lepszego w życiu” (Mdr 8,7).

Dodajmy, że cnoty kardynalne nie występują w odosobnieniu, bo każda z nich jest otaczana sprawnościami wspomagającymi, które tej zasadniczej cnocie przydają mocy i blasku. Przykładowo z roztropnością wiążą się m.in. zdolność przewidywania i umiejętność słuchania rad, z umiarkowaniem – łagodność i pokora, z męstwem – wielkoduszność i cierpliwość, ze sprawiedliwością zaś – szacunek i prawdomówność. Aby obecność cnót uzewnętrzniała się w ludzkim działaniu, musi między nimi istnieć wzajemne powiązanie, które za Arystotelesem zwiemy connexio virtutum. Bez tego nie sposób mówić o budowaniu charakteru.

Ponad naturą

Jak pokrótce już zasygnalizowaliśmy, odziedziczone po grecko-rzymskim antyku pojęcie cnoty stało się również wdzięcznym przedmiotem analiz dla myślicieli scholastycznych, którzy w swej antropologii uwzględniali nie tylko cnoty przyrodzone (naturalne), ale i dołączyli do nich cnoty nadprzyrodzone (wlane), wśród których wyróżniają się zwłaszcza cnoty teologalne (boskie), czyli wiara, nadzieja i miłość. Zresztą wymienił jakiś czas wcześniej, w identycznej kolejności, św. Paweł na zakończenie Hymnu o miłości w Pierwszym Liście do Koryntian (13,12–13).

Arkadiusz Robaczewski zauważa obrazowo, że gdybyśmy zapomnieli o cnotach nadprzyrodzonych, praktykowanie cnót przyrodzonych przypominałby zaledwie „moralną kulturystykę”. To fakt, klasyczny ideał kallos kai agathos, czyli człowieka „pięknego i dobrego”, który kształtują cnoty kardynalne jest niezwykle pociągający. Tym niemniej jego prawdziwy i pełny blask objawia się dopiero w świetle cnót boskich, nazwanych tak dlatego, że bezpośrednio wiążą nas z Bogiem. Co więcej, pozbawiony cnót nadprzyrodzonych charakter nie osiągnie pełni doskonałości nawet w wymiarze przyrodzonym.

Ubieraj się, ale nie tak

Ks. kard. Stefan Wyszyński (1901-1981) fot. archiwum Instytutu Prymasa Wyszyńskiego

Stefan Wyszyński (1901–1981), przyszły prymas i kardynał, wcześnie stracił matkę. Zmarła po urodzeniu szóstego dziecka. Stefan miał wówczas dziewięć lat.
„Trudno mi opisać smutek, pustkę i żałość, gdy po pogrzebie Matki wróciliśmy do domu – wspominał po latach. Zdawało się wtedy, że ustało wszelkie życie. Moja matka umierała prawie miesiąc. My – dzieci – siedząc w szkole, z lękiem nasłuchiwaliśmy, czy nie biją dzwony w kościele. Dla nas byłby to znak, że Matka już nie żyje.
Kiedyś po powrocie ze szkoły stanęliśmy przy jej łóżku, a Matka zwróciła się do mnie ze słowami: »Stefan ubieraj się«. Ponieważ była jesień, koniec października, zrozumiałem, że mam gdzieś iść. Włożyłem palto. Spojrzała na mnie i powiedziała: »Ubieraj się, ale nie tak, inaczej się ubieraj«. Zwróciłem na ojca pytające oczy. Odpowiedział mi: »Później ci to wyjaśnię«. Gdy wyjaśnił, zrozumiałem, że Matce nie szło, bym się ubierał w palto, tylko bym ubierał się w cnoty, przygotowując się do przyszłej drogi”.

Dodaj komentarz