O kształtowaniu charakteru cz. 2: cokolwiek czynisz, patrz końca

0
60
Fot. Pixabay

Bywa że ktoś udaje się bezwiednie w spontaniczną podróż pierwszym lepszym tramwajem. Ktoś inny siada za kierownicą samochodu i podąża przed siebie bez wyraźnie określonego celu. Jeszcze inny snuje się bezmyślnie po wąskich alejkach parku. Są to na ogół sytuacje wyjątkowe, wywołane niekiedy nie w pełni uświadomioną potrzebą psychicznego odreagowania. Gorzej, jeśli ta dość chaotyczna postawa cechuje naszą codzienność.

„Jeśli człowiek nie wie, czym ma się zająć, to nie ma po co wstawać z łóżka” – stwierdza z nutką ironii Bohdan Urbankowski, polski poeta, eseista i filozof. W normalnych okolicznościach osoba podejmująca jakieś działanie ma przed sobą konkretny cel. Dajmy na to, że wybieramy się w podróż do Warszawy. Wówczas to pojawia się w naszej głowie myśl o stolicy, a dopiero potem rozważamy, co należy zrobić, aby się tam dostać. Realizacja tego zamiaru będzie wpierw wymagać wykonania szeregu czynności będących środkami do osiągnięcia założonego celu. Musimy np. spakować się, pojechać na dworzec i zakupić bilet. Dopełnienie celu, a więc przyjazd do Warszawy, jest w tym procesie elementem ostatnim, wieńczącym całe przedsięwzięcie. Postarajmy się teraz przenieść te rozważania na grunt pedagogiki.

Dokąd zmierzamy?

Starożytny filozof Diogenes sformułował następującą radę: „Quidquid agis, prudenter agas, et respice finem” („Cokolwiek czynisz, czyń roztropnie i patrz końca”). Ta cenna maksyma greckiego myśliciela trafnie oddaje istotę procesu kształtowania charakteru, gdyż wskazuje na potrzebę uświadamiania sobie celu podejmowanych działań wychowawczych bądź samowychowawczych. Słowo „cel” brzmi po grecku: telos, boulema, skopos, po łacinie zaś: finis, terminus, co tłumaczymy na język polski jako „granicę”, „brzeg”, „kres”, „zakończenie” bądź „zwieńczenie”. Zaabsorbowani codzienną gonitwą za różnymi sprawami oraz troską o rozwiązanie napotykanych problemów, gubimy czasem azymut naszych działań, kręcąc się niejako wokół własnego ogona. Zasadne jest zatem postawienie sobie pytania: „Dokąd zmierzamy?”. Od uzyskanej odpowiedzi zależy określony kierunek naszych myśli, słów i czynów. Ogółem: całego życia. W pracy nad sobą właściwie obrany cel staje się siłą wprowadzającą ład oraz wyprowadzającą nas z chaosu i rozbicia. Podobnie jak w przypadku dobrej jakości mapy lub zdjęcia lotniczego danego obszaru: wprawdzie nie znajdziemy nań wielu szczegółów, ale dobrze widać ogólny zarys całego terenu i rozmieszczenie kluczowych obiektów.

Byty nieożywione podlegają prawom fizyki, zwierzęta zaś kierują się instynktem. Tymczasem tylko człowiek, jako byt obdarzony świadomością i wolnością, jest zdolny stawiać przed sobą cele, wybierać środki do nich prowadzące, jedne cele zastępować innymi, zastanawiać się nad nimi, a nawet o nich debatować. Jak pisze o. Jacek Woroniecki: „Ta zdolność do refleksji nad własnymi czynami i wypływająca z niej świadomość ich wewnętrznej celowości, jest najwybitniejszą cechą charakterystyczną działalności ludzkiej”.

Dobro godne pożądania

Ujmując chronologicznie, cel jest pierwszy w zamierzeniu, a ostatni w osiągnięciu. „Rzeźbiarz, stając przed bryłą marmuru, już przed przystąpieniem do pracy ma wizję jej końcowego efektu. Wiadomo, że tylko wtedy może zacząć pracować. Cel jest z tej racji utożsamiany z przyczyną działania. Zaczyna ona funkcjonować, gdy człowiek poznaje jakieś dobro godne pożądania, zostaje przez nie oczarowany i «pociągnięty», wreszcie zdeterminowany do jego zdobycia” – pisze ks. Mieczysław Rusiecki.

Człowiek realizuje cele bliższe lub dalsze. Cele bliższe (tj. pośrednie) z chwilą ich urzeczywistniania pełnią już tylko rolę środków, czyli etapów koniecznych do zdobywania celów dalszych. Ten najdalszy, będący przez cały czas celem, a nigdy środkiem, nazywamy celem ostatecznym (finis ultimus). Czym się on odznacza? Otóż celu ostatecznego człowiek pożąda dla niego samego, żywiąc nadzieję, że osiągnąwszy go, znajdzie w nim całkowite spełnienie. Starożytni właściwie nie spierali się o to, co jest ostatecznym celem, bo łączyło ich przekonanie, że jest nim osiągnięcie szczęścia. Spór jednak toczył się wokół tego, co stanowi istotę tegoż szczęścia. Na zdrowy rozum nie może nią być bogactwo, nie spełnia bowiem wyżej wspomnianych warunków celu ostatecznego. Z tych samych przyczyn nie może nim być cielesna przyjemność, władza, zaszczyty, a nawet sława. To wszystko może się w naszym życiu zdarzyć i być jego istotną wartością, jednak nie najwyższą.

Wydaje się natomiast, że najbliżej interesującego nas ideału jest ten spośród nas, kto pokochał najlepszą część swej natury, a mianowicie sferę duszy, i stara się ją ubogacić licznymi cnotami moralnymi. W tym świetle inspirującym wychowawczo punktem odniesienia może być choćby wywodząca się ze starożytnej Grecji kategoria estetyczno-etyczna kalokagatia (gr. kalos kai agathos – „piękny i dobry”), dziś przez niejednego lekceważona, która określa harmonijny rozwój człowieka wyrażający się w połączeniu jego doskonałości duchowej i cielesnej. Ale również w tym wypadku człowiek szczerze postępujący tą ambitną drogą dostrzega z biegiem czasu coraz wyraźniej, że nie może być ona celem ostatecznym, a wiedzie do jakiegoś Dobra wyższego rzędu. Jednak pozostawmy to osobom o niebo bardziej kompetentnym w tym względzie. Czyli teologom.

Lis Hartel

Liz Hartel podczas zawodów; fot. Wikipedia

Duńska mistrzyni jeździectwa Lis Hartel (1921–2009) we wrześniu 1944 r. zapadła na chorobę Heinego-Medina, w efekcie czego konieczne były operacje i długie okresy pobytu w szpitalu. Ponieważ nie mogła chodzić, jej mąż przenosił ją z miejsca na miejsce. Mimo cierpienia i bezradności, nie poddała się. Współpracowała ściśle z lekarzami i krok po kroku odzyskiwała siły, pnąc się coraz wyżej do celu. Wkrótce zamieniła wózek inwalidzki na kule, a następnie kule na laskę. Wróciło jej zainteresowanie jazdą konną i nie bacząc na sprzeciw rodziny wznowiła treningi. Za pierwszym razem trzeba było ją unieść i posadzić, jednak okazało się, że w siodle trzyma się mocno. Ćwiczyła wytrwale, jeżdżąc nawet lepiej niż przed chorobą, a trzeba wiedzieć, że już wtedy miała w dorobku dwukrotne mistrzostwo kraju w ujeżdżaniu (1943 i 1944).
Na olimpiadzie w Helsinkach (1952) była jedyną kobietą w tej konkurencji i zdobyła srebrny medal, wygrywając z wieloma najlepszymi jeźdźcami na świecie. Po czterech latach powtórzyła swój wyczyn w trakcie igrzysk w Melbourne (1956). To nie sama jazda konna uczyniła ją silną, lecz jej postanowienie przezwyciężenia choroby. Wykorzystała wszelkie dostępne środki, aby osiągnąć cel. Zachęcająco brzmi wypróbowana prawda jej osobistego motta: „Możesz zrobić wszystko, jeśli w to wierzysz”.

(na podst. Alf Lohne, „Jutro zaczyna się dzisiaj”, Warszawa 1996, s. 16)

Dodaj komentarz