Centrum Lwowa

We Lwowie nadal jest wiele śladów świadczących o tym, że miasto przez wieki leżało w granicach Polski. Starsi lwowianie posługują się językiem polskim. Do tego pomnik Mickiewicza, groby Konopnickiej i polskich obrońców miasta… Lwów ma mnóstwo zabytków, a jednocześnie jest nowoczesnym i otwartym miastem europejskim, pełnym klimatycznych restauracji i pubów.

Celem mojego cyklu artykułów jest opisywanie miejsc wartych zwiedzenia, zarówno indywidualnie, jak i w ramach wycieczek szkolnych. Każde z opisywanych miejsc odwiedziłem osobiście. W artykułach postaram się przybliżyć nie tylko ich historię i zabytki, ale także obyczaje, kuchnię, anegdoty i informacje praktyczne.

Dlaczego Lwów?

Kiedy mówimy o najbardziej polskich miejscach znajdujących się poza granicami kraju, najczęściej wspominamy o Lwowie i Wilnie. Oba te miasta przez wieki znajdowały się w granicach Rzeczypospolitej.
Lwów został założony ok. 1250 r. przez króla Rusi – Daniela. W 1340 r. miasto zostało włączone do Polski i pozostało w jej granicach aż do rozbiorów (za wyjątkiem lat 1370-1387, kiedy należało do Królestwa Węgier). W 1772 r., w wyniku pierwszego rozbioru, Lwów został utracony na rzecz Austrii. Od tego czasu miasto stanowiło zarówno ośrodek kultury polskiej, jak i było miejscem ukraińskiego odrodzenia narodowego. W okresie II Rzeczpospolitej Lwów był trzecim co do wielkości miastem Polski. Po drugiej wojnie światowej znalazł się w granicach ZSRR, a po jego upadku na terenie Ukrainy. Do drugiej wojny światowej Lwów był miastem wielonarodowościowym z przewagą ludności polskiej. Obecnie zamieszkały jest głównie przez Ukraińców.

Zrozumieć Lwów

Aby zrozumieć dzisiejszy Lwów, trzeba poznać historię konfliktu polsko-ukraińskiego o to miasto. W XIX wieku nasiliły się tendencje nacjonalistyczne i rozwinęły koncepcje państw narodowościowych. Był to trend odwrotny do I Rzeczypospolitej, która była państwem wielonarodowościowym. Na dużych jej obszarach żyły obok siebie różne nacje. Tak było między innymi na obszarze Wschodniej Galicji. Tamtejsze tereny wiejskie zamieszkiwała w większości ludność ukraińska, a Polacy stanowili mniejszość. Odwrotnie było w miastach. Klasyczny przykład stanowi Lwów, w którym mieszkało ok. 60 proc. Polaków, ok. 25 proc. Żydów i tylko ok. 10 proc. Ukraińców.

W XIX w. we Lwowie działały aktywnie społeczno-polityczne ugrupowania zarówno polskie, jak i ukraińskie. Obie strony uważały Lwów za teren przynależny swojemu przyszłemu państwu i zakończenie I wojny światowej uznały za właściwy moment do odzyskania niepodległości. Doprowadziło to do szeregu walk na obszarach spornych. Jedną z najbardziej znanych była obrona Lwowa (listopad 1918 – maj 1919). Efektem walk było przyłączenie miasta do II Rzeczypospolitej. Po wojnie polsko-sowieckiej zgasły ukraińskie nadzieje na niepodległe państwo (obszar Ukrainy został podzielony na części polską oraz sowiecką).

Pod koniec II wojny światowej nacjonalistyczny ruch związany z postacią Stefana Bandery i UPA (Ukraińska Powstańcza Armia), dążący do utworzenia niepodległej Ukrainy, stosował czystki etniczne. Szacuje się, że w czasie Rzezi Wołyńskiej Ukraińcy wymordowali ok. 50-60 tys. Polaków.

W akcjach obronno-odwetowych zginęło też ok. 2-3 tys. Ukraińców. Do dziś Polacy i Ukraińcy mają odmienne oceny wydarzeń tego okresu. Okres bezpośrednio po 1945 r. związany jest również z sowiecką deportacją polskiej ludności Lwowa do PRL-u. Wielu lwowiaków osiedliło się na Śląsku. Od tego czasu Lwów utracił swój wielonarodowy charakter stając się miastem w ogromnej większości zamieszkałym przez Ukraińców.

Jak dotrzeć do Lwowa?

Jest kilka możliwości. Po pierwsze można polecieć do Lwowa samolotem (bezpośrednio m.in. z Katowic). Zaletą drogi powietrznej są najmniejsze kłopoty związane z przekraczaniem granicy. Dwa następne środki transportu to pociąg i autobus (w tym przypadku już postoimy na granicy). Te środki lokomocji posiadają dodatkową wadę – konieczność korzystania na miejscu z komunikacji publicznej, aby dotrzeć do centrum miasta i miejsc noclegowych.

Optymalną alternatywą jest własny samochód. Dodatkowym dokumentem, który musimy posiadać, jest Zielona Karta. Z województwa śląskiego na Ukrainę dostaniemy się autostradą A4, która doprowadzi nas do samego przejścia granicznego. Jedzie się dobrze i szybko. Jedynie trzeba zwracać uwagę na poziom paliwa. Na ostatnich ok. 50 km do granicy nie ma stacji benzynowych. Drugi odcinek to droga od granicy do Lwowa. Ta część trasy nie jest rewelacyjna, ale całkiem przyzwoita. Ostatni odcinek to jazda po samym Lwowie. Tu może nas spotkać kilka niespodzianek. Po pierwsze większość centrum miasta nie posiada asfaltu. Jedziemy po przedwojennych, polskich „kocich łbach”. Po drugie występuje bardzo duży ruch (większy niż w Katowicach czy Krakowie) oraz dość luźne stosowanie się do przepisów ruchu drogowego. Na skrzyżowanie wszyscy kierowcy próbują wjechać naraz, a światła zmieniają się chyba tylko dla ozdoby.

W wielu miejscach są kłopoty z parkowaniem. Jeździłem 10 minut wokół swojej kwatery, nim dałem radę pozostawić samochód na postoju. Kolejną ciekawostką jest bardzo duża ilość aut z polskimi tablicami rejestracyjnymi. Nie oznacza to jednak, że jeżdżą nimi rodacy. Okazuje się, że Ukraińcy kupują pojazdy w Polsce i później ich nie przerejestrowują.

Specyficzną kwestią jest przekroczenie granicy polsko-ukraińskiej. Miałem szczęście, bo jadąc na Ukrainę, stałem na granicy około 40 minut, a wracając – trzy i pół godziny. Jak ustaliłem, pechowcy stoją w kolejce po 5-6 godzin. Ale to i tak krótko. W latach 90., wracając z Lwowa, oczekiwałem w autokarze 50 godzin! Wtedy do przekraczania granicy trzeba było przygotować sporo prowiantu.

Z ciekawostek na granicy. Polscy celnicy dość dokładnie sprawdzają, co wwozimy, włącznie z tym, czy niczego nie schowano pod maską auta. Po ukraińskiej stronie jest znacznie ciekawiej. Czeka na nas brama, przy której żołnierz wręcza nam kartkę z notatką o liczbie osób w aucie. Następnie przechodzimy kontrolę paszportową i celną, która kończy się wbiciem na karteczce dwóch pieczątek. Dodatkowo kontrola paszportowa wysyła nas do osobnego budynku, gdzie na swój koszt wykonujemy ksero dokumentów auta. Na zakończenie docieramy do drugiej bramy, gdzie kolejnemu pogranicznikowi wręczamy karteczkę z dwoma pieczątkami. Wolę nie myśleć, czym skończyłoby się zgubienie karteczki.

Jest tanio

Jadąc na Ukrainę musimy pamiętać o zabraniu paszportu (opuszczamy terytorium Unii Europejskiej). Warto również zabrać ze sobą trochę hrywien. Ukraińską walutę można wymieniać w większości polskich kantorów. Podobnie jak złotówki we Lwowie. Nie korzystałem z kart kredytowych, więc osobom chcącym płacić bezgotówkowo doradzam sprawdzenie warunków takich transakcji przed wyjazdem.
Ceny na Ukrainie są niskie, a czasami nawet bardzo niskie. Lwów, jak na warunki ukraińskie, jest drogi, jednak nawet w centrum miasta ceny są niższe niż w Polsce. Robiłem zakupy w śródmieściu, ponieważ nie chciałem tracić czasu na dojazdy do położonych na przedmieściach dużo tańszych centrów handlowych.

Gdzie spać

Baza noclegowa we Lwowie jest dość spora. Stoi jednak w większości na niższym poziomie niż w Polsce. Najlepiej nocować w hotelach lub w kwaterach prywatnych. Dla osób, które nie potrzebują nadzwyczajnych luksusów, polecam na samodzielny wyjazd tę drugą opcję. W Internecie można znaleźć sporą liczbę takich obiektów w samym centrum miasta. W większości to mieszkania w przedwojennym budownictwie (co stanowi już pewną atrakcję turystyczną). Nocowałem w kwaterze oddalonej o około 200 metrów od Opery Lwowskiej. Bez problemu można znaleźć noclegi poniżej 50 zł za dzień na osobę.

Czego spróbować

W kwaterach w zasadzie nie ma problemu z prowadzeniem własnej kuchni. Będąc jednak we Lwowie, warto skorzystać z tamtejszej bazy gastronomicznej. Podczas zwiedzania zawsze staram się skosztować miejscowej kuchni. Nawet dobre restauracje mają ceny przystępne dla nas. Koniecznie trzeba zajrzeć do „Lwowskich Croissantów”. Jest to sieć małych lokali oferujących przepyszne bułki (w klasycznym kształcie dużego croissanta, ale różniące się smakiem od polskich odpowiedników) z przeróżnymi dodatkami, np. jajecznicą, salami, kurczakiem, śledziem, ale również z truskawkami, czekoladą i bitą śmietaną. Croissanty podaje się po podgrzaniu. Są tak smaczne, że ostatniego jadłem czekając w kolejce na granicy.

Jeśli chodzi o obiady, to można skorzystać z najsłynniejszych restauracji na rynku albo równie klimatycznych, rozmieszczonych na sąsiednich ulicach (np. ul. Ormiańskiej). Koniecznie należy spróbować barszczu ukraińskiego, podawanego zresztą w różnych wariantach. We Lwowie znajduje się cały szereg lokali typu „na wagę” (dla mniej zasobnych kieszeni).

Najpopularniejszy z nich to „Puzata Chata”. W lokalach tego typu nie grozi nam obsługa kelnerska, a dania – choć smaczne – nie są tak wykwintne, jak w typowych restauracjach (w których zdarzyło mi się jeść barszcz ukraiński podany w talerzu w kształcie ludzkiej czaszki). Poza kuchnią ukraińską polecam szereg restauracji z innych rejonów byłego Związku Sowieckiego – np. ormiańską czy gruzińską.

Nie można też zapomnieć o kawie. Jak powiedział mi na Cmentarzu Łyczakowskim starszy Polak mieszkający we Lwowie: „Bez kawy nie ma zabawy”. Kawa w tym mieście jest bardzo smaczna i oczywiście… tania. Polecam spróbować tej podawanej po ormiańsku. W kawiarni można też dodatkowo zamówić sobie koniak. Taką parę napojów często spożywają lwowiacy.

A co z wojną?

Przed wyjazdem zastanawiałem się nad bezpieczeństwem. Przecież na wschodzie Ukrainy toczy się wojna. Jednak dla turysty zwiedzającego Lwów i okolice jest ona nieodczuwalna. Mogły o tym przypominać jedynie znajdujące się w niektórych lwowskich kościołach tablice ze zdjęciami poległych na wojnie mieszkańców tego miasta, a także spotkanie na drodze do Lwowa transportu dwóch czołgów.

Pod względem bezpieczeństwa na ulicach Lwów nie różni się specjalnie od polskich miast. Na tydzień zostawiłem auto w centrum i nic złego się nie stało. Przed wyjazdem czytałem, że we Lwowie zdarzają się incydenty antypolskie (głównie słowne). Mnie nie spotkała żadna taka sytuacja. Wszyscy spotkani przeze mnie Ukraińcy byli uprzejmi i chętni do pomocy. Cdn. W drugiej części napiszę więcej o zwiedzaniu Lwowa i moich doświadczeniach związanych z tym miastem. Uprzedzam, że aby poznać Lwów, potrzeba przynajmniej kilku dni. Ostatnio byłem tam tydzień i dalej czuję niedosyt.

Krzysztof DŁUTEK matematyk, wykładowca Instytutu Studiów Podyplomowych w Tychach, pasjonat podróżowania.

Dodaj komentarz