Jak uzdrowić szkolnictwo zawodowe

0
262
Spawalnia w ZSZ nr 3. im. A. Kocura w Katowicach-Janowie; fot. JJ

Szkolnictwo zawodowe w Polsce od lat przeżywa poważny kryzys. Problem się pogłębia, czego dowodem jest masowy brak fachowców w wielu branżach naszej gospodarki. O społecznych i systemowych przyczynach takiego stanu rzeczy „Kurier Nauczycielski” rozmawiał z Mirosławem Kowalskim, dyrektorem Zespołu Szkół Zawodowych nr 3 im. Adama Kocura w Katowicach-Janowie, oraz z Henrykiem Jurowiczem, nauczycielem ZSZ nr 3, który przedmiotów zawodowych uczy od 46 lat.

Zespół Szkół Zawodowych nr 3 kształci m.in. przyszłych elektryków, elektroników oraz specjalistów od urządzeń i systemów energetyki odnawialnej. Szkoła ma świetnie wyposażone warsztaty i pracownie specjalistyczne. Są tu hala maszyn z tokarkami, frezarkami i innymi maszynami do obróbki mechanicznej i ręcznej, nowoczesna spawalnia, a nawet stolarnia. Są pracownie maszyn, urządzeń i instalacji elektrycznych, doposażone zgodnie z wymogami realizowanych podstaw programowych. Z tego sprzętu korzystać mogłoby więcej uczniów niż obecnie.

Patrzę na listę deficytowych zawodów w województwie śląskim. Na rynku pracy brakuje właśnie m.in. elektryków, elektromechaników i elektromonterów, a ponadto spawaczy, cieśli, stolarzy i stolarzy budowlanych. Dlaczego więc nie ma chętnych do nauki w katowickiej szkole?

– W procesie rekrutacji do szkół ponadpodstawowych należałoby

przywrócić egzaminy wstępne,

a nie opierać jej na punktacji uzyskanej na koniec ósmej klasy. Egzaminy wstępne w dużej mierze weryfikowałyby, czy dany uczeń nadaje się do nauki w liceum ogólnokształcącym, technikum czy też szkole branżowej (dawniej zawodowej) – mówi Henryk Jurowicz, nauczyciel ZSZ nr 3 w Katowicach, który przedmiotów zawodowych uczy od 46 lat.

– Innym rozwiązaniem jest wprowadzenie progów punktowych rekrutacji, które w niczym nie kolidują z demokratycznym wyborem szkoły. Jeśli na koniec ósmej klasy uczeń może uzyskać maksymalnie 200 punktów (egzamin końcowy, olimpiady, frekwencja, wolontariat itp.), to próg zakwalifikowania się do liceum ogólnokształcącego powinien wynosić powyżej 150 punktów, do technikum od 100 punktów, a do szkoły branżowej – poniżej 100 punktów – uważa Henryk Jurowicz. – Dopiero po egzaminach wstępnych lub zastosowaniu progów punktowych nastąpi porządek. Nawet podczas niżu demograficznego nie będzie nadreprezentacji młodzieży w liceach i niedoboru uczniów w technikach i szkołach zawodowych. Dlatego to kluczowa zmiana – dodaje H. Jurowicz.

Stolarnia w ZSZ nr im. A. Kocura w Katowicach-Janowie; fot. JJ
A skąd takie dysproporcje,

a w rezultacie kryzys szkolnictwa zawodowego? – O wyborze szkoły ponadpodstawowej często decyduje kolega („idę do tej szkoły, bo koledzy tam idą”), wygoda ucznia (bo blisko domu), a także moda na dany kierunek czy prestiż placówki, nie zaś realne możliwości i predyspozycje kandydata. Za wiele w tym przypadkowości. Dlatego po krótkim czasie okazuje się, że ktoś nie daje sobie rady w liceum albo w technikum. A może doskonale odnalazłby się w nauce konkretnego zawodu? – mówi Mirosław Kowalski, dyrektor Zespołu Szkół Zawodowych nr 3 w Katowicach.

– Problem nierównego poziomu w klasach jest poważny. Nierzadkie są przypadki, kiedy w jednym oddziale są uczniowie uzdolnieni, ambitni, z wynikami na olimpiadach i tacy, którym trzeba pięć razy powtarzać dane zagadnienie. Do kogo wtedy równać?

Jeśli do tych słabszych uczniów, to automatycznie ci z potencjałem obniżają swój poziom – kontynuuje dyrektor Kowalski, wskazując na konieczność zmian w mentalności społeczeństwa i w podejściu do doradztwa zawodowego.

– Niestety rodzice

albo w ogóle się nie angażują w pokierowanie dalszą edukacją dzieci, albo robią to arbitralnie, wskazując na zawody prestiżowe, nie bacząc na możliwości swoich dzieci, rzadko na te, na które jest rzeczywista potrzeba na rynku pracy – uważa Mirosław Kowalski. Henryk Jurowicz dodaje: – W odbiorze społecznym liceum jest prestiżowe, a szkoły zawodowe od lat się deprecjonuje. Chyba dlatego wstydliwą dla niektórych nazwę „zasadnicza szkoła zawodowa” zastąpiono „szkołą branżową”. Skutek? Coroczna „produkcja” bezrobotnych przez licea (nie wszyscy idą na studia) oraz brak fachowców i specjalistów na rynku pracy.

– Doradztwo zawodowe

powinno być na większą skalę wprowadzane w szkołach podstawowych (powoli się to zmienia), a nie w liceach i szkołach zawodowych, gdzie uczniowie wybrali kierunek lub zawód i powinni już wiedzieć, po co się tam uczą i kim chcą być w przyszłości – mówi dyrektor Kowalski. W kontekście wprowadzania doradztwa zawodowego w szkołach podstawowych Henryk Jurowicz uzupełnia: – Niepotrzebnie zlikwidowano w podstawówkach zajęcia praktyczno-techniczne, a co za tym idzie, dobrze wyposażone pracownie. Dawniej to w nich siódmoklasiści i ósmoklasiści po raz pierwszy stykali się ze ślusarstwem, stolarstwem, z elektryką czy krawiectwem, co nieraz zachęcało ich do wyboru drogi zawodowej.
Kolejna kwestia to wprowadzenie na szerszą skalę współpracy szkół z zakładami pracy. Henryk Jurowicz mówi nie tylko o praktykach, ale i motywacyjnym systemie stypendiów. Defi cyt niektórych zawodów na rynku pracy powoli

wymusza taką współpracę.

Na przykład w branży motoryzacyjnej w Tychach czy Gliwicach. Z kolei w przedsiębiorstwach komunikacji publicznej oraz firmach spedytorskich i transportowych masowo brakuje zawodowych kierowców. Jeszcze kilka lat temu w kraju nie było klas o kierunku mechanik kierowca. Reaktywują się dopiero teraz. Artykuł jedynie sygnalizuje główne problemy edukacji zawodowej i propozycje ich rozwiązania. Obaj nasi rozmówcy wskazują na konieczność zorganizowania rzeczowej debaty na temat kondycji szkolnictwa zawodowego w regionie i w Polsce.

Źródło: raport „Barometr zawodów 2019, Wojewódzki Urząd Pracy w Krakowie

(LJ)

Dodaj komentarz