Jak sprawić, żeby dzieci chciały chodzić do szkoły

Anna Skowron; fot. arc

O tym, jak sprawić, żeby nasze pociechy chętnie chodziły do szkoły, rozmawiamy z Anną Skowron, nauczycielką edukacji wczesnoszkolnej w Szkole Podstawowej nr 22 w Tychach, oligofrenopedagogiem oraz certyfikowanym edukatorem rodzicielskim pozytywnej dyscypliny.

Rozmawia: Wioleta Piróg

„Kurier Nauczycielski”: – Jak pani to robi, że uczniowie chętnie chodzą do szkoły?

Anna Skowron: – Staram się każdego dnia rozwijać w moich uczniach pewność siebie i sprawiam, że stają się bardziej otwarci, kreatywni i samodzielni. Rozmawiam i słucham. Daję wiarę w ich możliwości oraz dodaję im skrzydeł, aby wiedzieli, jak „latać”, gdy zabraknie im wiatru. Wszystko to w oparciu o pozytywną energię, zabawę i radość życia.
Dziewięciolatki są moimi partnerami. W klasie są bezpieczni i szanowani. Niczego im nie narzucam. Pokazuję im tylko kierunek, czasem pomagam. Mogą rozwijać się w każdej dziedzinie, która sprawia im przyjemność. To naprawdę działa. Poza tym trzecioklasiści mają ten komfort, że nie są oceniani.

– Stara się pani podchodzić do uczniów indywidualnie i wychwytywać to, w czym są dobrzy. Czy dostrzega pani także, kiedy dzieci mają jakieś problemy?

– Łatwo jest docenić ucznia za to, co potrafi w jakiejś dziedzinie. Natomiast różnie bywa z obserwacją dziecka pod kątem jego deficytów, kiedy wymaga pomocy. Dlatego jako nauczyciel odnajduję się w nurcie budzących się szkół, szkoły bez ocen, planu daltońskiego, krytycznego myślenia i wielu innych ruchów w edukacji. Nie oceniamy, lecz doceniamy. Niewielka różnica, a jakże znacząca.

– Dlaczego?

– Ponieważ jako nauczyciel, ale przede wszystkim rodzic wiem, jak ważne w życiu młodych ludzi są bezpieczeństwo, akceptacja i miłość. W życiu pojawiają się różne sytuacje, które mogą powodować, że uczeń ma po prostu słabszy dzień, a przez to może troszeczkę gorzej iść mu nauka w szkole. Może mieć jakieś problemy w rodzinie, dlatego nie przyklejam dzieciom od razu etykiety. Wydaje mi się, że takim dzieciom trzeba dać jeszcze więcej ciepła i zaufania, a zarazem samokontroli i samodecyzyjności. Chodzi o to, żeby mogły podjąć jakiś nowy krok, żeby mogły zrobić coś, co z ich perspektywy może wydać się nie do przejścia. Jak porozmawia się na spokojnie z dzieckiem, stworzy się mu odpowiednie warunki i da mu się odczuć, że potrafi, to uczeń może przenosić góry.

Fot. arc

– A to nie jest tak, że oceny motywują?

– Chodzi o to, żeby dzieciom pokazać, że nie muszą być dobre we wszystkim. Ktoś jest dobry z matematyki, inny uczeń ma talent do języków, a kolejny jest kinestetykiem. Musi wszystkiego dotknąć, jego ręce są w ciągłym ruchu. W taki sposób się uczy, a to oznacza, że może być dobry w pracach manualnych czy plastycznych.

W edukacji wczesnoszkolnej oceny to jest jedna wielka pomyłka, bo zabija się w uczniach chęć poznawania. Oceny dla mnie to wyścig szczurów. Stawianie poprzeczki, której niejednokrotnie dzieci nie mogą przeskoczyć. Powoduje to odwrotną sytuację, dzieci są nieszczęśliwe i załamane. Potem boją się przyjść do szkoły.

Wierzę, że wykonując zawód, który kocham, mam ten przywilej pełnić rolę przewodnika i mentora moich wychowanków, staję się w naturalny sposób ich autorytetem, który nie ocenia, ale wskazuje im drogę do budowania świadomości siebie. Wspólnie odkrywamy potencjał drzemiący w każdym z nich i pielęgnujemy ich talenty oraz indywidualne predyspozycje.

Nie boję się nowych rozwiązań i eksperymentuję, będąc gotowa na porażkę. Wierzę, że dzięki temu się rozwijam. Tego samego oczekuję od uczniów – braku lęku przed nowymi wyzwaniami i popełnianiem błędów. Dzieci też uczą się, popełniając błędy.

– Czy dzieciom, które wiedzą, że nie ma ocen, chce się uczyć?

– Moi uczniowie pracują w grupach. Często metodą projektową. Gdyby ktokolwiek przyszedł do klasy, to byłby pełen uznania dla tych dzieci. Ile one wkładają pracy i zaangażowania w to, co robią! I to nie na ocenę. Oczywiście zdarza się, że ktoś jest nieprzygotowany, ale wtedy nie dostaje za to jedynki. Koledzy pożyczają mu materiały i pomagają sobie nawzajem.

Mamy też klasowe zwierzątka – patyczaki, które uczą dzieci odpowiedzialności i opiekuńczości. Przemycam różne pomysły, szukam rozwiązań. Zastanawiałam się na przykład, co zrobić, aby dzieci wyćwiczyły sobie umiejętności manualne, i wpadłam na pomysł, żeby zamiast żmudnego pisania liter, codziennie rysowały obrazek. Dzieci to uwielbiają.

Fot. arc

– Jak wychowywać bez kar i nagród?

– Kara jest bolesna i nie przynosi niczego dobrego. Żeby wychowywać dziecko bez kar i nagród, trzeba dziecko motywować. Stwarzać mu możliwości podejmowania decyzji i dawać wybór, ale ograniczony. Dzięki pozytywnej dyscyplinie dziecko – doświadczając skutków swoich wyborów – staje się odporne i samodzielne.

– A co zamiast kar?

– Zamiast kar motywacja i pozytywne nastawienie, szukanie wspólnych rozwiązań. Chodzi o to, żeby wcześniej zareagować, aby nie doszło do przykrych sytuacji. A jeżeli już taka nastąpi, to należy zmotywować dziecko, żeby ją naprawić, rozwiązać problem. Organizuję z dziećmi spotkania klasowe, podczas których uczą się ważnych umiejętności społecznych i życiowych.

W domu mogą to być spotkania rodzinne. Żyjemy w zwariowanym świecie, gdzie wszyscy za czymś gonimy i nie mamy czasu na to, żeby normalnie ze sobą porozmawiać. Tymczasem okazuje się, że 15 minut wspólnej rozmowy przy stole da się wcisnąć w nasz codzienny grafik.

Ostatnio umówiłam się z moimi uczniami, że w czwartek musimy przerobić partię materiału, żeby w piątek obejrzeć wspólnie film i zjeść popcorn. I oni naprawdę w czwartek pracowali po to, żeby w piątek mieć luźniejszy dzień. Wystarczył wzajemny szacunek, kilka zasad, które na początku sobie ustaliliśmy i trzymaliśmy się ich przestrzegania. Tego właśnie uczy pozytywna dyscyplina.

– Na czym jeszcze polega pozytywna dyscyplina?

– Dla mnie to styl życia. Pozytywna dyscyplina ma w sobie dwie cechy: uprzejmość i stanowczość. Jak być jednocześnie uprzejmym i stanowczym? Kluczem jest szacunek. Dziecko musi być wysłuchane, a potem trzeba mu dać poczucie sprawczości i decyzyjności.
W metodzie pozytywnej dyscypliny rodzice dysponują 52 kartami z rozwiązaniami dla różnych sytuacji wychowawczych. Nie mamy czasu wertować książek, nie mamy czasu uczyć się formułek na pamięć, a kolorowe, przykuwające wzrok karty z sugestywnymi obrazkami same się proszą, żeby je przeglądać, i przypominają o tym, co można jeszcze zrobić, żeby dojść do porozumienia z dzieckiem.

W szkole stosuję też koło wyboru. Porównałam je do pizzy, na kawałkach której wypisaliśmy różne rozwiązania dla krytycznych sytuacji. Na przykład kiedy ktoś nas zdenerwuje, to trzeba policzyć do dziesięciu i złość przechodzi. Dzieci w grupach tworzą rozwiązania do poszczególnych pól koła wyboru.

Fot. arc

– Wielu nauczycieli przykleja łatki dobrych i złych uczniów. Takie opinie ciągną się za nimi latami.

– To skutek braku wzajemnego szacunku w relacji uczeń – nauczyciel. Niestety wciąż jest wielu nauczycieli, którzy posługują się stereotypami. Nie mówię tutaj o systemie oświaty, bo tak naprawdę to my indywidualnie decydujemy o tym, jakimi chcemy być nauczycielami i czego będziemy oczekiwać od dzieci.

– Jak pani odnajduje się ze swoimi poglądami w szkole masowej?

– Na tle szkoły jestem płynącym samotnie stateczkiem. Mój sposób na to jest prosty – zaufanie. Bardzo chciałabym zainspirować nauczycieli i rodziców do budowania nowej jakości w szkole, wskazując drogę do tego, w jaki sposób uczniowie mogą pokochać naukę, a nauczyciele obudzić w sobie pasję do uczenia (się). Gdy nauczyciel zrozumie, w jaki sposób sam się uczy, to łatwiej będzie mu to przełożyć na pracę z uczniami i wdrożenie nowoczesnych oraz aktywnych metod nauczania.

Nauczycielem nie stałam się z przypadku. To jest mój pierwszy i wymarzony zawód. Różnie potem potoczyły się moje ścieżki zawodowe, ale doświadczenia z własnymi dziećmi spowodowały, że wróciłam do zawodu nauczyciela, za co jestem moim dzieciom ogromnie wdzięczna, bo w tej chwili robię to, co kocham.

Fot. arc

Wioleta PIRÓG

Leave a Reply