Dziecko jest twórcą

Dzieci po trzeciej klasie szkoły podstawowej coraz częściej przestają malować i rysować; fot. Park Białowieski/Pixabay

Lekcje muzyki bez śpiewu i gry na instrumentach. Lekcje plastyki bez rysowania i malowania. Zamiast czystej kartki z bloku rysunkowego przed oczy dzieci lądują kolorowanki. Zamiast działania teoria w zeszycie. Na dodatek estetyka klas i szkolnych korytarzy rodem z poprzedniej epoki… to niestety obrazki jeszcze z wielu naszych placówek oświatowych. Tymczasem człowiek potrzebuje piękna i kreatywności wokół siebie, również – a może przede wszystkim – w szkole.

 

Należy każdego dnia posłuchać krótkiej pieśni,

przeczytać dobry wiersz,

zobaczyć wspaniały obraz

i jeśli byłoby to możliwe

– wypowiedzieć kilka rozsądnych słów.

Johann Wolfgang von Goethe

Człowiek potrzebuje piękna

W powyższym cytacie z Goethego zawiera się prawda o szczególnej potrzebie człowieka, a mianowicie potrzebie piękna. Dopełnieniem słów poety, ale także ojca psychologii barw jest naturalne życzenie, by każdego dnia człowiek mógł jako twórca samodzielnie coś pięknego zaśpiewać, namalować, napisać.

Człowiek potrzebuje piękna w szerokim tego słowa znaczeniu, jako pewnej harmonii, porządku, dzięki któremu odkrywa istotne prawdy i rozwija się, oraz w wąskim znaczeniu, w którym piękno sprowadza się do kategorii estetycznej.

Zasadniczo przestrzenią, w której człowiek troszczy się o piękno, jest kultura, a w kulturze osadzona jest edukacja, dlatego oczywistą konsekwencją będzie oczekiwanie od tej drugiej, by również obdarzała codzienną uwagą to, z czym spotykają się dzieci i młodzież, by świadomie współtworzyła horyzont estetyczny ucznia adekwatnie do jego wieku.

Brzydko i za dużo

Tymczasem w statystycznej polskiej szkole piękna jest jak na lekarstwo. Szkoły są brzydkie, lamperie na korytarzach w krzykliwych kolorach, a świat widziany przez okna zasłaniają papierowe lub plastikowe smerfy, pokraczne „Alamakoty” itp.

Na ścianach, zazwyczaj nienaturalnie wysoko, wiszą gazetki robione przez nauczycieli. Niektóre naprawdę bywają piękne, ale młodsi uczniowie muszą zadzierać głowy, aby je podziwiać. Jednak w większości tych gazetek postaci mają nienaturalne proporcje i wyrazy twarzy. O wielkości elementów decyduje rozmach wykonawcy, a nie warunki, aby na przykład te wytwory oglądać. W takim wypadku ogromna pani Wiosna o konstytucji lalki Barbie, przemierzająca marcową ziemię w szpilkach, po prostu nie może być przez obserwatora objęta wzrokiem. Może i dobrze…

Ikoniczny nadmiar działa rozpraszająco, dezintegrująco, hamuje rozwój, wprowadza niepokój. Na drugim końcu continuum znajduje się moda na aranżowanie przestrzeni w „stylu skandynawskim”. Mamy więc szare ściany, szare lamperie, szare drzwi, szare blaty, rolety. Każdy, kto interesował się kiedykolwiek psychologią barw doskonale wie, jak działają szarości, jak wykorzystywano je w przestrzeni publicznej. Mówimy nawet o „szarej rzeczywistości”, w której ktoś „zakłada szary płaszcz”, by nie wyróżniać się z „szarego tłumu”.

Zapomnieliśmy, że z jednej strony dzieci potrzebują barw, a z drugiej – że istnieją barwy pastelowe, spokojne i po nie warto sięgać. Osobną kwestią jest wiedza konserwatora, rzemieślnika, który w szkole maluje ściany, na temat jakości różnych farb. Wydawać by się mogło, że to bez znaczenia, czy farba jest olejna, czy akrylowa. Jednak efekty widać dopiero, gdy światło odbija się od dużych powierzchni. Dotyczy to w szczególności dzieci i młodzieży z dysfunkcjami wzroku (w tym świetlnych stymulacji osób z autyzmem). Na nich równie silnie oddziałują szyby, blaty oraz zalaminowane pomoce dydaktyczne.

Tony makulatury

Jeśli chodzi o pomoce na zajęcia, to polska szkoła tonie w śmieciach. Kserujemy wszystko, co się da. Kserowane karty pracy nierzadko są przygotowane przez nauczycieli niedbale – straszą czarnymi marginesami źle ustawionego do kopiowania formatu, zawierają adresy strony lub książki, z których je wzięto (i to bynajmniej nie z troski o prawa autorskie). Rodzice i uczniowie zgłaszają, że kserówki są pozbawione sensu.

Jak na podstawie słabej jakości kopii mapy, reprodukcji obrazu uczeń ma udzielić odpowiedzi na sprawdzianie?

W niektórych szkołach dzieci mają osobne segregatory, do których wpinają prace, numerując je. W niektórych domach sami rodzice wpadają na taki pomysł, chcąc wesprzeć dziecko w uczeniu się.

W temacie tzw. kserówek mieszczą się również kolorowanki. W wielu placówkach dzieci mają do nich swobodniejszy dostęp niż do czystych kartek, na których mogłyby same coś narysować.

Kolorowanki nie rozwijają twórczej ekspresji, nie wspierają edukacji plastycznej, nie są jej częścią. Ich wpływ na rozwój kreatywności, odwagi do działania, woli, a także procesów poznawczych opisuje Mirosław Orzechowski (miesięcznik „Kreda” nr 6/2019), pisząc:

„Oferując gotowe wzorce, kolorowanki przeciwdziałają naturalnej potrzebie samodzielnego wyrażania swojego rozumienia rzeczywistości. Szczególnie ma to miejsce u małych dzieci, które wykorzystują rysunek do opowiadania o tym, jak rozumieją otoczenie. Dzieci nadają indywidualne formy graficzne przedmiotom, opisują w specyficzny sposób relacje zachodzące w przestrzeni oraz swoje jej pojmowanie. Rysunek stanowi część rozumowania i ekspresji dzieci. Informacja płynąca ze strony kolorowanki jest natomiast jednoznaczna: tak jest poprawnie, ty tak nie potrafi sz i dlatego jedyne, co możesz zrobić, to mnie pokolorować […]”.

Absolutną porażką nauczyciela jest wykorzystywanie kolorowanek na zajęciach plastycznych, a to się zdarza.

Widziałam nie tak dawno kserokopię maski egipskiej w formacie A4, którą uczeń czwartej klasy miał pokolorować tłustymi pastelami. Konsekwencje kolorowanek widać również w umiłowaniu markerów i mazaków, które wyznaczają gruby kontur i pole do wypełnienia. Te ostre granice przechodzą niepostrzeżenie do wnętrza dziecięcej krainy piękna i decydują po jakimś czasie o tym, że praca wykonana bez nich jest uznawana za mało wyrazistą, nijaką, nieciekawą.

Zeszyt do plastyki

Rodzice pytają obecnie, co się stało, że ich dzieci po trzeciej klasie szkoły podstawowej przestały lubić malować i rysować. Odpowiedź często leży w sposobie prowadzenia lekcji przez nauczyciela. Z informacji od dzieci i rodziców wynika, że w wielu szkołach lekcje plastyki zamieniają się w teoretyczny kurs historii sztuki, a ekspresja artystyczna schodzi na margines zajęć. Dzieci prowadzą zeszyty, w których na cienkich kartkach opisują definicje faktury, barwy i kreski.

Widziałam zeszyty, w których dzieci rysują tłustymi pastelami lub mazakami zamiast na kartkach w bloku. Jedni rodzice, próbując uczynić zalecenie nauczyciela plastyki sensownym, zakupili dziecku zeszyt z gładkimi kartkami, ale o większej gramaturze i delikatnie prążkowanej fakturze. Efekt? Dziecko otrzymało polecenie, aby zakupić już „normalny zeszyt”. W tym samym zeszycie widniał wpis nauczyciela na całą stronę, z dwoma wykrzyknikami, na temat tego, co dziecko w trakcie semestru „musi zrobić, aby zdobyć oceny”.

W tym miejscu należy wrócić do pytania o rozwojowe potrzeby i możliwości dzieci, o sens zarówno oceniania przedmiotów artystycznych, jak i zakresu treści teoretycznych. Coś naprawdę poszło nam w edukacji nie tak, skoro nauczyciel, który jest absolwentem Akademii Sztuk Pięknych, przeglądając podręcznik Do dzieła dla klas 4-6, komentuje go z niedowierzaniem i przerażeniem jednocześnie: „Przecież, to jest pierwszy rok moich studiów”.

Klamerki i sznurek

Bywa więc, że w szkołach zeszyty zastąpiły ekspresję. Nie ma prac dzieci systematycznie eksponowanych na korytarzach, ale są „ołtarze wspomnień” (czyli kilkanaście prac wiszących cały rok, a może nawet kilka lat, bo autor został nagrodzony w jakimś konkursie). W tych szkołach dzieci nie wykonują też gazetek szkolnych.

W wielu takich placówkach nie buduje się w dzieciach szacunku do ich własnej pracy, chociażby poprzez przechowywanie prac w zamkniętych teczkach. Zdarza się też, że prace dzieci są wyrzucane do koszy na śmieci, i dzieci to widzą.

Widzą i jest im przykro. Uczą się bowiem, że to, co robią, nie ma wartości. Dlatego tym bardziej powinniśmy eksponować prace dzieci. Nie potrzeba do tego wielkich funduszy. Wystarczą dwa gwoździe, sznurek, klamerki do wieszania prania i dobre chęci nauczyciela. Taka wisząca galeria jest już sama w sobie zaproszeniem do omawiania prac przez uczniów.

Omawiania, a nie oceniania. Opisywanie słowami prac należy z dziećmi ćwiczyć. Dla wielu dorosłych nie jest to łatwe, bo wyrośliśmy w klimacie wystawianych ocen notą i krytyki, a tym bardziej dla uczniów.

Nie malują, nie rysują

Największym jednak absurdem zajęć plastycznych jest to, że dzieci po prostu nie malują i nie rysują. Jest to tym dziwniejsze, że obecnie wielu nauczycieli zachwyca się szkołami fińskimi, chce wnosić do edukacji koncepcje pedagogik alternatywnych, a także angażuje się w oddolny ruch „Budzących się szkół”. W tych przestrzeniach uczenie przez działanie jest absolutnym fundamentem.

Tymczasem nasze dzieci grzęzną w nauczaniu teoretycznym. Nie malują, bo po plastyce jest inna lekcja i nie ma czasu na sprzątnięcie sali. Nie rysują, bo muszą wiedzieć, jaka jest kompozycja dzieła malarskiego. Nie wychodzą do muzeów, galerii ani pracowni rękodzieła, bo na to potrzeba więcej czasu.

Nie pracują z wykorzystaniem technik typu drama ani teatralnych, opartych na przeżyciu i angażujących ciało, ruch uczniów, bo nauczyciel tego nie lubi albo nie zna. Nie piszą pięknie, bo nie mają zajęć kaligrafii.

Twórca

Werner Herzog w filmie pt. Jaskinia zapomnianych snów stawia pytanie o to, kim jest twórca. Dociera z tym pytaniem do prymitywnego plemienia i pyta człowieka, który tworzy: „Skąd wiesz, co chcesz namalować?”. W odpowiedzi słyszy: „To nie ja maluję, to maluje duch, ja tylko trzymam narzędzie”. W tej wypowiedzi przeczuwamy coś doniosłego, przeczuwamy, że sztuka przychodzi spoza nas, że jest czymś ważnym. Uznając, że dziecko jest twórcą, winniśmy uczynić wszystko, by przynajmniej raz w tygodniu mogło tworzyć w zgodzie z własnymi, wewnętrznymi impulsami w czasie naszej lekcji.

Izabela DYRDA,

prezes Fundacji Instytutu Studiów Podyplomowych Za Horyzont, wykładowca Akademii Muzycznej w Katowicach oraz Instytutu Studiów Podyplomowych w Tychach. Z wykształcenia nauczyciel przedszkolny, wczesnoszkolny, oligofrenopedagog, arteterapeuta, absolwentka studiów edukacji niezależnej

Leave a Reply