Ewa Stankowska

„Kurier Nauczycielski” rozmawia z Ewą Stankowską, logopedą, surdopedagogiem, specjalistą z 38-letnim doświadczeniem, wykładowcą Instytutu Studiów Podyplomowych w Tychach.

„Kurier Nauczycielski”: – Kiedy umawialiśmy się na rozmowę, okazało się, że pracuje pani z dziećmi aż do godz. 20.00. Przybywa maluchów z problemami logopedycznymi?

Ewa Stankowska: – Te problemy zawsze występowały, ale kiedyś było o wiele mniej specjalistów. Obecnie dzieci są powszechnie diagnozowane i rehabilitowane. Problemy z mówieniem u najmłodszych i dawniej, i dziś wynikają m.in. z wad wymowy, przyczyn laryngologicznych, neurologicznych, upośledzenia intelektualnego czy ubytków słuchu. Coraz częściej jednak rodzice przyprowadzają do mojego gabinetu trzyletnie dzieci, które nie mówią z przyczyn środowiskowych. Kiedy 30 lat temu zaczynałam pracę, to były jednostkowe przypadki.

– Co to oznacza?

U dzieci tych nie występuje żadna z wyżej wymienionych dysfunkcji, a jednak nie mówią. Nie nauczyły się mowy w odpowiednim stopniu na skutek określonego zachowania wobec nich najbliższego otoczenia – głównie rodziców.

– Dlaczego tak się dzieje?

Dawniej rodzice mówili do malutkich dzieci, kiedy je karmili, przewijali albo szli z nimi na spacer. Dziś wózek spacerowy nie jest już zwrócony w stronę rodzica. Dziecko nie ma z nim kontaktu wzrokowego. Niby drobiazg, ale istotny. Maluch uczy się mowy także przez to, że rodzic nazywa otaczającą go rzeczywistość. „To jest pies, tam jest drzewo, a tu listek… ”. Teraz na spacerze rodzic (nie każdy oczywiście), zamiast z pociechą, woli rozmawiać przez telefon. Niejednokrotnie widzi się też rodzica kompletnie odciętego od dziecka słuchawkami, w których gra muzyka. Inny przykład z poczekalni w przychodni… To dla rodzica idealna okazja, żeby porozmawiać z pociechą, a tymczasem on dla świętego spokoju wręcza mu komórkę. Chociaż obok na stoliku są kolorowanki, przeplotnie i klocki. – A te wszystkie akcje typu „Cała Polska czyta dzieciom”.

– Przecież w mediach tyle mówi się o znaczeniu komunikowania się z maluchami.

Ale to są akcje, a to powinno dziać się na co dzień, i to jak najwcześniej. Weźmy kwestię karmienia… Kiedyś dziecku dawało się piętkę z chleba do gryzienia. Ono żuło, gryzło i w naturalny sposób ćwiczyło narządy mowy. A teraz po co piętka? Skoro brudzi wózek albo fotele samochodowe. Kukurydziane chrupki piętki nie zastąpią. Rozpuszczają się w buzi i nie stymulują aparatu mowy. Podobnie jest z przecierami ze słoiczków. O wiele lepsza jest ugotowana przez mamę zupa.

– Jak to możliwe, że trzylatki nie mówią w świecie stawiającym na kreatywny i wszechstronny rozwój dziecka?

Bo zaburzona jest kolejność uczenia się. Maluch za szybko dostaje tablet lub smartfon. Tymczasem dziecko uczy się przez kontakt z rzeczywistością. Naturalną koleją rzeczy jest, że najpierw na spacerze zobaczy psa. Mama go nazwie, dziecko go pogłaszcze. Później maluch ma kontakt z atrapą psa, jego symbolicznym przedstawieniem – w książeczce lub w postaci pluszowej maskotki. Dopiero potem jest pies w kreskówce i grze komputerowej.

– Zastanawia mnie, dlaczego rodzice tak późno przychodzą do specjalisty. Wcześniej nic nie budzi ich podejrzeń?

U nas ciągle pokutuje stereotyp, że chłopcy zaczynają mówić później od dziewczynek. To nieprawda. Inny mit mówi, żeby się nie martwić, bo dziecko jest jeszcze małe i jak pójdzie do przedszkola, to zacznie mówić.

– A jak jest z tym przedszkolem?

Tak naprawdę dzieci z opóźnionym rozwojem mowy boją się iść do przedszkola. Zaczynają mówić nie dlatego, że nauczyły się od rówieśników, ale dlatego, że w przedszkolu stworzono dla nich pewne ramy. Regularnie wstają i jedzą. Uczestniczą w zabawach kołowych i paluszkowych, koordynujących ruch, który przecież współgra z rozwojem mowy. Ta koordynacja następuje również poprzez zajęcia plastyczne z pędzlami, kredkami, wycinankami. W przedszkolu istotne jest podporządkowanie. Jeżeli dziecko podporządkowuje się nauczycielowi, to musi patrzeć na niego, kiedy do niego mówi i odpowiadać mu. To wszystko powoduje, że w końcu rusza mowa.

– Z tego wynika, że kłopotom z opóźnieniem mówienia winni są rodzice – ich niekonsekwencja, brak czasu.

Nie do końca tak jest. Oni po prostu nie mają odpowiedniej wiedzy.

– Ale ich rodzice mieli tę wiedzę.

Ale wie pan jak to jest… Każdy wie lepiej. Często też dziadkowie nie chcą się wtrącać.

– Wiedzę można czerpać z fachowej literatury lub z Internetu.

Tylko nie z forów internetowych, a wiarygodnych źródeł. Studenci opowiadali mi, że jedna matka miała kłopoty z dzieckiem niejadkiem i pochwaliła się na forum, jak sobie z tym poradziła. Zamontowała smartfon z odtwarzaną bajką na opasce na głowie. Dziecko, patrząc na ekran, kierowało głowę w stronę matki i ta mogła pakować mu jedzenie do ust. Wiele osób przyklasnęło tej pani i stwierdziło, że też tak będzie robić.

– Kiedyś dzieci za karę nie wychodziły na podwórko. Teraz karą jest dla nich, kiedy wychodzą z domu. Wolą komputery.

Nie jestem przeciwniczką nowych technologii, ale dzieciaki powinny mieć kontakt z nimi w odpowiednim czasie i z umiarem. Okazuje się, że najtrudniej jest nauczyć dziecko… bawić się. Także na podwórku. W początkowym okresie rozwoju najlepsze są najprostsze zabawy i zabawki. Te z drewna, a nawet zaadaptowane ze sprzętów domowych. One uczą koncentracji uwagi, myślenia logicznego i przyczynowo-skutkowego. To wszystko sprzyja potem prawidłowemu rozwojowi mowy. Warto też pozwolić małemu dziecku pomagać w kuchni, np. ugniatać ciasto. Niech się ubrudzi. Nieraz potem, w ramach terapii w gabinetach logopedów, dzieci – zamiast ciasta – ugniatają modelinę.

– Ale wiele dzieci korzysta teraz z dodatkowych zajęć pozaszkolnych.

Nadmiar nieuporządkowanych bodźców też nie jest wskazany. Czasem dziecko biega po całym domu. Tupie, złości się, kogoś uderzy. Robi tak nie dlatego, że jest złym dzieckiem (nie ma takich). Ono pogubiło się w tym wszystkim. To jest oznaka utraty bezpieczeństwa. Trzeba mu wtedy w domu wyznaczyć ramy, tak jak to jest w przedszkolu. W przedszkolu maluch jest spokojny, bo wie, czego się spodziewać dalej. „Niegrzeczne” zachowanie dziecka w domu jest efektem braku uporządkowania mu świata przez rodziców.

– Kiedy wybierałem się do pani, myślałem, że będziemy mówić o ćwiczeniach logopedycznych niwelujących wady wymowy. Tymczasem rozmawiamy o nauce mówienia w szerszym kontekście – psychologicznym, socjologicznym.

Logopedia jest interdyscyplinarna. Czerpie z pedagogiki, pedagogiki specjalnej, psychologii, psychiatrii, fonetyki, akustyki czy rehabilitacji.

– Pracuje również pani z dziećmi głuchymi i niedosłyszącymi.

Nie tylko z dziećmi, z dorosłymi również. Jestem surdopedagogiem. Jeśli chodzi o najmłodszych, to zdecydowanie polepszyła się diagnostyka. Sprawdzają się badania przesiewowe słuchu u noworodków. Dzieci dosyć szybko (w 4-5 miesiącu życia) są wyposażane w aparaty i implanty słuchowe. Nie bez znaczenia jest tu dofinansowanie z NFZ i PFRON-u. Kształcimy też specjalistów – surdopedagogów i surdologopedów (m.in. w Instytucie Studiów Podyplomowych) – więc maluchy z deficytami słuchu objęte są terapią i rehabilitacją.

– Absolwenci logopedii czy surdopedagogiki nie mogą narzekać na brak pracy?

W Instytucie Studiów Podyplomowych mamy cztery semestry logopedii. Najczęściej moimi słuchaczami są pedagodzy, nauczyciele wychowania przedszkolnego i wczesnoszkolnego, psychologowie, rehabilitanci i filolodzy polscy. Ukończenie studiów podyplomowych uprawnia ich do pracy samodzielnego logopedy w poradni psychologiczno-pedagogicznej, w poradni NFZ, w przedszkolu i w szkole. Często muszą podnosić swoje kompetencje, ponieważ do placówek oświatowych trafiają nie tylko dzieci z wadami wymowy, ale z niedosłuchem, z lekkim deficytem umysłowym, z obniżeniem napięcia mięśniowego czy problemami neurologicznymi.
Nasi absolwenci są też przygotowani do pracy z dorosłymi osobami z zaburzeniami mowy po udarach mózgu, z demencją, z chorobą Parkinsona, z jąkaniem czy potrzebującymi nauki słuchania i mówienia z aparatem lub implantem.

EWA STANKOWSKA

wykładowca logopedii i surdopedagogiki w Instytucie Studiów Podyplomowych w Tychach, specjalista z 38-letnią praktyką zawodową w przedszkolach, szkole, poradni psychologiczno- -pedagogicznej oraz własnym gabinecie; absolwentka Uniwersytetu Śląskiego (wychowanie przedszkolne), Akademii Pedagogicznej w Krakowie (logopedia, surdopedagogika, kształcenie integracyjne z rewalidacją indywidualną), Uniwersytetu Marii Curie- -Skłodowskiej w Lublinie (neurologopedia), Górnośląskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Mysłowicach (oligofrenopedagogika); posiada certyfikat terapeutów mowy; dwukrotnie otrzymała tytuł „Wykładowcy Roku” nadawany przez Instytut Studiów Podyplomowych.

11 KOMENTARZE

  1. Mam córkę, która ma 2 lata, potrafi powiedzieć mama, dziadzia, tak, naśladuje 2 odgłosy zwierzat. 🙁 wszystko jednak rozumie co się do niej mówi i potrafi to zastosować w praktyce. Kontakt z TV, komputerem lub telefonem ma ograniczony, na spacerach opowiadam jej dużo o tym co widzimy i tak było od samego początku. Mimo to ten kontakt jest córka nie chce mówić tylko pokazuje czego potrzebuje w danej chwili. Jestem czynnym pedagogiem w przedszkolu i wiem, jak zachęcić do wspólnej zabawy dziecko by się otworzyło jednak nie mogę tego uzyskać u swojego dziecka. Więc nie zależy też wrzucać do jednego worka rodziców, którzy nie poświęcają swoim dzieciom czasu, a za to pięknie mówią mając 1.5 roku i rodziców którzy się starają, a ich pociechy nadal mają problemy z komunikacją.

    • Moja córka – jedynaczka zaczęła dobrze mówić dopiero w przedszkolu, pomimo tego, że dużo do niej mówiłam, czytałam i dbałam o pokarm dobry do gryzienia. Być może wpływ na to miał fakt, że faktycznie potrafiliśmy ją z mężem rozumieć bez słów. W żadnym innym aspekcie nie odstawała od rówieśników, ale ona zawsze musiała dojrzeć do czynności, które inni już opanowali. Zaczęła chodzić jak miała 13 miesięcy, ale od tego czasu już nie było mowy o wózku, bo wolała od razu biegać. Tak samo było z mową, jak zaczęła mówić, to od razu całymi zdaniami i bez ustanku 😉 Potem z wiązaniem sznurówek. Aktualnie mam to samo z czytaniem, próbowałam ją zachęcać na różne sposoby różnymi metodami wielokrotnie (bo ja czytałam mając 4 lata) i nic, ale przełamała się pod koniec grudnia i teraz sama czyta książki, a z czytania dostaje „szóstki” (7 lat).

    • Nie podoba mi się wrzucanie wszystkich do jednego worka. Moje pierwsze dziecko (còrka) zaczeło mówić pòźno, bo dopiero ok 3 roku życia. Jako dwulatka – còrka mòwila kilka słów ale zdecydowanie ponizej normy. Konsultowaĺam specjalistów (logopeda i neurolog) i kazali czekać i sie nie zamartwiać ponieważ rozwòj mowy był widoczny. Telewizora w domu nie mamy, bajek corka do 2 roku życia nie oglądaĺa w ogóle, ja na telefonie nie siedziaĺam nigdy, ksiazki oczywiście byĺy czytane. Każde dziecko rozwija sie w swoim tempie. Zawsze ilekroć czytam tego typu artykuly przypominają mi się slowa Korczaka „Kiedy dziecko powinno już chodzić i mówić? Wtedy, kiedy chodzi i mówi… „

  2. Czy moglaby Pani powiedzieć jak wyglada zabawa u dziecka trzyletniego z opoznionym rozwojem mowy? Rozwija sie ona zgodnie z normami, czy takze jest opozniona?

  3. Przypadek z życia wzięty: chłopiec 3 lata, mówi pojedyncze słowa, prawie wyłącznie gdy się go poprosi. Poza tym rozwój wydaje się poprawny. Maluch nie korzysta z urządzeń typu telefon, tablet, komputer (wcale), bajki maksymalnie godzinę dziennie, codziennie czytanie książeczek z rodzicami, spacery z opowiadaniem dziecku co się dzieje dookoła (mama niepracującą, poświęcająca bardzo dużo uwagi dziecku). Wyjazd za granicę, tam szybka diagnoza: zaburzenia autystyczne lekkiego stopnia, od razu terapia. Chciałam tylko zwrócić uwagę, że nie każde opóźnienie mowy należy zwalać na rodziców. Czasem warto poszukać innych przyczyn, niż spacery z słuchawkami na uszach.

    • Zgadzamy się z panią, ale pani Stankowska mówi o przypadkach, które nie wynikają z wad wymowy, przyczyn laryngologicznych, neurologicznych, upośledzenia intelektualnego czy innych deficytów lub ubytków słuchu. Stawia diagnozę na bazie swoich doświadczeń: „Coraz częściej rodzice przyprowadzają do mojego gabinetu trzyletnie dzieci, które nie mówią z przyczyn środowiskowych”.

  4. Z przedszkolem się trochę nie zgodzę…owszem ramy, plan, bezpieczeństwo są bardzo ważne, jednak to chęć bycia z innymi dziećmi, zabawy z rówieśnikami, komunikacji z nimi, zrozumienia przez kolegów i koleżanki, chęć bycia częścią grupy, pełnoprawnym jej członkiem, stymuluje dzieci do kontaktu i mowy. Tu pojawia się ważny czynnik jakim jest motywacja! Chęć i gotowość dziecka do nauki. Żaden logopeda ani nauczyciel nie da dziecku tego, co daje kontakt z innymi dziećmi, poczucie przynależności, akceptacji rówieśników. Mówię to jako czynny pedagog i logopeda, obserwujący dzieci z ORM czy afazją motoryczną w swojej placówce. Osiągają spektakularne efekty 🙂 czasami mam wrażenie, że tak bardzo łakną zrozumienia i porozumienia z rówieśnikami, że bez mojej pomocy terapeutycznej tak by się zapali by znaleźć sposób na komunikację.

  5. Mnie artykuł trochę zasmucił. Mój jak miał trzy lata mówił mało, pojedyncze słowa. Teraz ma cztery lata i dużo mówi ale bywa ze zjada pierwsze litery. I zastanawiam się w którym momencie zrobiłam błąd? Czytanie książeczek, codziennie, brak telewizji, słuchanie piosenek (- chociaż teraz z perspektywy czasu myśle, ze być może tego było mało bo po całym dniu pracy wolałam już ciszę,) układanie puzzli, malowanie farbami, ciastolina. Dodatkowo zajęcia z sensoryki i zajęcia muzyczno taneczne. Nie pamietam już czy na spacerze dużo mówiłam – być może byłam pochłonięta myślami i i organizacja dnia bo praktycznie sama wychowuje syna a męża ciagle nie ma. Wiec gdzie popełniłam błąd?

Dodaj komentarz