Czubek języka: Problem (dia)krytyczny

Na jednym z rysunków Sławomira Mrożka chłopiec zwraca się do ojca: „Tato, na co pies ma ogon?”. Ten odpowiada, że nie wiadomo. „To dobrze, bo właśnie mu uciąłem”. Równie smutny los spotyka ogonki przy niektórych polskich literach.

Zresztą nie tylko ogonki, bo problem dotyczy też innych znaków diakrytycznych umieszczanych nad lub pod literą tudzież wewnątrz niej, niosących informację o sposobie wymawiania danej głoski. W naszym języku mamy aż dziewięć takich liter: „ą”, „ć”, „ę”, „ł”, „ń”, „ó”, „ś”, „ź” i „ż”. Są one jedną z najbardziej swoistych cech polszczyzny, ale i wzbogaceniem alfabetu łacińskiego.

Niestety, blisko co drugi esemes wysyłany jest bez polskich znaków, ponoć w ten sposób wiadomości pisze się znacznie szybciej. Dla niejednego jest to także zbyteczny ozdobnik utrudniający komunikację (czyżby nie widział różnicy między „robi łaskę w sądzie” a „robi laske w sadzie”?).

Problem się pogłębia, gdy takie kwiatki występują w oficjalnych opracowaniach czy dokumentach. Czasem szkopuł tkwi w edytorze tekstu (aby sprawdzić, czy poprawnie obsługuje on polski alfabet, wystarczy zapisać zdanie „Zażółć gęślą jaźń”, zawierające wszystkie polskie znaki diakrytyczne).

Na ogół jednak połykanie ogonków wynika z pośpiechu. Ileż to wypromowanych prac magisterskich zawiera „tez” zamiast „też”, „miedzy” zamiast „między”, „maja” zamiast „mają” albo „sadzi” zamiast „sądzi”. System w komputerze nie podkreśli ich na czerwono, bo każde z tych słów jest samo w sobie poprawne.

Być może należałoby wdrożyć modę na „slow język”, dzięki której nie zjadalibyśmy ogonków na potęgę i która – analogicznie do „slow foodu” – pozwalałaby nam delektować się specjalnościami polszczyzny.

Póki co, za szczecińskim raperem Łona, kieruję prośbę: „Badz czlowiekiem laskawym tak i od czasu do czasu wcisnij prawy alt” (utwór pt. ĄĘ).

(tp)

Leave a Reply