Aniołku – do mordercy. Niezwykły nauczyciel, niezwykłe miejsce

Andrzej Polok; fot. RB

Rozmowa z Andrzejem Polokiem, nauczycielem praktycznej nauki zawodu w Zakładzie Poprawczym i Schronisku dla Nieletnich w Pszczynie Łące.

[…] Pracuje pan z trudną młodzieżą, mocno zdemoralizowaną.

Tak, to młodzież z różnych środowisk. Ale moją dewizą jest: daj uśmiech – dostaniesz uśmiech, daj radość – dostaniesz radość, daj dobroć – też dostaniesz dobroć, daj ciepło – otrzymasz ciepło.

Ładnie brzmi, ale przecież nie zawsze się sprawdza.

Wie pani, ta młodzież sama od siebie na apelu, gdy wróciłem z Warszawy, biła mi brawo. Bardzo mnie to ucieszyło. Bo ja też sporo wymagam i nieraz muszę krzyknąć. A to są takie drobne kroczki naprzód. Czasem siedzę z którymś z chłopaków, jak dziś z panią, i mówię mu: „Przypomnij sobie ze szkoły, ile milimetr ma centymetrów: 10, 20 czy 30”. Ten chłopak nie łapie, że milimetr nie ma centymetrów. Ale chcę go choć sprowokować do myślenia.

Oni w ogóle chcą cokolwiek robić?

Na moje zajęcia się garną, podoba im się. Masę prywatnych pieniędzy wydaję na wszelkie materiały. Poza tym ktoś wyrzuci baner reklamowy, przywożę go tutaj, bo przecież może nam to posłużyć do zrobienia na odwrocie czegoś nowego. Kupuję czasopisma „Victor” („Junior”, „Gimnazjalista”), „Cogito”, „Politykę” i „Gościa Niedzielnego”. Współpracuje mi się dobrze z biblioteką w Suszcu, więc wypożyczam tam książki (mam po drodze).

I chcą czytać?

No nie chcą. Ale pewne rzeczy powoli potrafią ich wciągnąć. I tym sposobem mamy sukcesy nawet w ogólnopolskim konkursie dziennikarskim. Odkryłem też paru poetów. Oczywiście nie wtrącam się w sprawy szkolne, robię swoje na warsztatach. Staram się tylko tych chłopaków jakoś ukierunkować, znaleźć to, co ich interesuje, dla ich dobra.
A gdy przychodzi któryś tu, mówię do niego zawsze: „Dzień dobry, co tam słychać aniołku?”

„Aniołku” pan mówi do chłopaków z poprawczaka?

Tak, do wszystkich. I jeszcze: kruszynko, serduszko, sreberko.

Nie kpią z pana?

Nie. Ja twierdzę, że to takie zagubione Boże owieczki. Trzeba zrobić tak, by się odnalazły.

I nie śmieją się panu w twarz, gdy im pan tak mówi?

Nigdy. Bo w pewnym momencie potrafię do nich przemówić też po męsku: „Chłopie, powiedz mi, czy jeśli ty gdzieś na boku powiesz do mnie, że jestem taki a taki (nie będę cytował tego przy pani, kobiecie, ale chodzi o ostre słowa, bo tu są najgorsze słowniki), czy przybędzie ci z tego jaki grosz? Czy w garnku będziesz miał z tego choć gram kawy, papieros? I czy chciałbyś, aby w życiu ludzie mówili do ciebie na „ch”, czy lepiej, by mówiono do ciebie po imieniu?”. Dla nich nie istnieje Pan Bóg, nie ma żadnych wartości. Mówię im: „Dobra, ale wierz mi, że Ten na górze nie zapomniał o tobie.

Na tych warsztatach nie żądam od ciebie niczego innego, tylko przestrzegania ósmego przykazania – Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”. I pytam: „Czy byłoby ci miło, gdyby o twojej siostrze czy dziewczynie ktoś mówił tak jak ty o kimś innym?”. Słyszę: „Nie. Chyba bym zabił”. Małymi krokami wyjaśniam podstawy.

Czasami jak czterolatkowi – trzeba wytłumaczyć coś, czego ktoś im kiedyś nie wyjaśnił.

Tak.Wie pani co? Teraz jedna grupa kończy zajęcia, zaczyna druga. Ci pierwsi będą trochę zazdrośni… Wiedzieli, że pani przyjdzie. Dla nich to nowość, każdy gość jest atrakcją…

A, rozumiem. To zaraz pójdziemy na warsztaty [śmiech].

Zobaczy pani te wszystkie szafy z różnymi książkami. Bo to nie tylko warsztaty. Wie pani, że chyba nie ma działki, w której bym się nie odnalazł? Próbowałem się na przykład dostać kiedyś do operetki śląskiej.

Jako kto? Śpiewak?

Tak. Starałem się śpiewać barytonem. Uważam, że wszystko można robić. Udzielałem się w kółku przy rybnickim teatrze. Byłem kolarzem (w kadrze Śląska), piłkarzem, sędzią piłkarskim. Piszę opowiadania (na razie do szuflady). Pasjonuję się też historią, polonistyką itd.

Czyli na pana biurku na warsztatach znajdę też na przykład… książki historyczne.

Nie, te są w szafach, bo by mi je chłopcy poniszczyli. Ciężko nauczyć ich porządku. Ale będę to powtarzał kilka razy: każdy z tych młodych ludzi ma talent. Jest z nim jak ze skamieliną, którą dopiero trzeba wydobyć.

Teraz na zmianie mam trzech spokojnych i dwóch urwisów (pozna ich pani). Robię z nimi rysunek techniczny – strasznie ciężkie to jest dla nich. Tłumaczę: „Jeśli mama przypadkiem stłucze szybę, to co robicie?” „Trzeba nową wprawić”. „Ale zanim wprawicie, co musicie wiedzieć?” Wyciągam miarę z kieszeni. „A, trzeba zmierzyć!”. „I co mierzysz: szerokość i wysokość. Z głowy ci wylecą te wymiary, więc wyrysuj sobie. I masz najprostszy rysunek techniczny”.

Dociera?

Tak, dociera. Ale za chwilę słyszę, jak mówi do kolegi: „Nie dotykaj mnie, frajerze”. I znów tłumaczę: „Z uśmiechem do drugiego człowieka, a nie tak”.

Nie czuje się pan czasem zniechęcony? Przecież trafi pan na takich pięciu, którzy nie będą nic robić i koniec. Co wtedy?

No przecież oni nie chcą nic robić. Lubią nic nie robić.

I „aniołku, rusz się” wystarczy?

Nigdy nie jest tak, że przychodzi do mnie pięciu „świeżych”. Zawsze ktoś dołącza do już tu pracujących. Widzi, co oni robią. Zauważa, że np. dla siostry chciałby mieć coś takiego z metaloplastyki. Patrzy na już wykonane róże z metalu i uznaje, że właśnie one będą dobre dla siostry. No bo najłatwiej wziąć sobie gotowe. Mówię mu: „Masz rację, będzie to dobre dla siostry, ale najpierw coś takiego zrób. Nie ma innej możliwości”. I robi. A wie pani, jaką ma frajdę, gdy to w końcu zrobi? Jak się cieszy?
A jutro mija termin konkursu ekonomicznego, do którego się przygotowaliśmy.

Ekonomicznego?

Jest bardzo trudny. Główna nagroda dla ucznia wynosi 3 tys. zł (to ich mobilizuje). Ale mówią: „I tak nie wygram”. Tłumaczę: „Jeśli nie spróbujesz, nie dowiesz się tego”. Temat tego ekonomicznego konkursu brzmi: „Licz na siebie. Jak mogę dorobić do kieszonkowego?”. To pytam takiego największego mięśniaka (pozna go pani, będzie na drugiej zmianie): „Jak możesz dorobić?” „No mogę ukraść, np. tory na złom”. Mówię mu: „Można pozbierać złom, bez kradzieży”. I naraz zrobiliśmy bardzo długą listę, jak można zarobić, gdzie dorobić. Napisaliśmy nawet o umowie barterowej i dywidendach.

Z tym mięśniakiem?

Tak, to fajny chłopak. Mam w warsztacie encyklopedię ekonomiczną – poszukał sobie, co to są dywidenda itd.

Nie spotyka się pan z agresją?

No przecież to jest u nich na co dzień. Zachowują się jak małe wilczki. Ale gdy na okrągło do nich jest się dobrym, radosnym, z żartem – to zwycięża. Niech pani pamięta, że dobro zawsze zwycięża.

Ale pewnie pan widzi takich, którzy mają małe szanse na poprawę.

Jeśli ktoś był non stop katowany, bity…

Pan zna ich historie.

Staram się znać historię każdego z nich.

Do poprawczaka trafiają najcięższe przypadki (mordercy, gwałciciele, sprawcy rozbojów). Ja bym się ich bała. Przecież u pana w warsztacie ślusarskim oni mają niebezpieczne narzędzia…

Nie boję się nigdy.

Ma pan tylko ten przełącznik uruchamiający alarm?

Mam nawyk zawodowy: wiem, z kim mam do czynienia.

No właśnie. Wie pan na przykład, że ten młody człowiek zabił człowieka.

Mam tę świadomość, ale nie mogę przecież ciągle o tym myśleć.

Mówi im pan o ósmym przykazaniu. A o piątym „Nie zabijaj” też?

Stopniowo. Muszą się uczyć szacunku i dobroci dla siebie nawzajem, stąd to ósme przykazanie. Większość nie wierzy w Boga. Mówię im: „To wierzcie choć w dobro”.

Pan wierzy w Boga.

Niech pani zobaczy, co noszę w kieszeni.

Różaniec.

To chodźmy już na warsztaty. Będzie druga zmiana. Zobaczy pani – mam jednego takiego utalentowanego plastyka. Gdy będzie pani na warsztacie, on panią narysuje. Na stolarni będzie chłopak, który też wygrał ogólnopolski konkurs plastyczny (za zabójstwo jest u nas).

Rozmawiała: Renata Botor-Pławecka
Fragment wywiadu, który ukazał się w tygodniku „Echo”.

 

ANDRZEJ POLOK – ur. w 1953 r., rybniczanin, ukończył resocjalizację w Wyższej Szkole Społecznej w Warszawie i pedagogikę socjalno-opiekuńczą w Akademii Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi. Od 40 lat pracuje jako nauczyciel – był instruktorem nauki praktycznej zawodu w kopalni Dębieńsko, z zakładem poprawczym w Pszczynie Łące związany od 17 lat (prowadzi warsztaty ślusarstwa i metaloplastyki). Z młodzieżą wziął udział w ok. 500 konkursach (głównie ogólnopolskich), z których około setki wygrali i w nagrodę pojechali np. do Brukseli czy też zdobyli sprzęt dla szkoły i siebie za – jak obliczył nauczyciel – ok. 120 tys. zł.

Leave a Reply